Dobra, bez ściemy dziewczyny! Większość z Was planuje w bliższej czy dalszej przyszłości założyć rodzinę i nie mówię tu o kupnie kota.
Zastanawiałyście się kiedyś jak to będzie, kiedy Wasz świat wywróci mały człowiek?
Czy będziecie musiały porzucić swoją pasję na zawsze, a Wasz sprzęt zginie pod stertą pieluch (daj Boże czystych!) ?
I jak sprawić, aby ciąża nie stała się tylko pasmem wyrzeczeń?
Jak wytrzymać bez deski cały sezon?
Jeśli tak, to ten artykuł jest dla Was.
Co było najtrudniejsze, co mnie kusiło, za czym tęskniłam, a co mi pomogło w tej „abstynencji”?
Opowiem o tym pokrótce.
Pierwszy śnieg.
Pierwszego śniegu wyczekuję zawsze z taką samą niecierpliwością. To białe cudo lecące z nieba jest dla mnie niczym zielone światło dla kierowcy F1 – czas ruszać! Tym razem, niestety, nie mogłam wrzucić biegu. Byłam w jakimś 3-4 miesiącu ciąży…
CO MI POMOGŁO ???
Wyjście na ten śnieg. Trochę się napajałam tą bielą, potem zwyczajnie pozwoliłam sobie na bycie męczybułą, że śnieg szybko się topi i zaraz będzie chlapa. A tak w ogóle to ja nie mam butów zimowych! W narzekaniu bywam mistrzem. Meh 🙂 Zmarzłam, wróciłam do ciepłego domu, wsadziłam zimne kulasy w papcie i odpaliłam Netflixa. Krioterapia mózgu szybko podziałała.
Aktywność fizyczna.
Co tu robić jak nie możesz nic robić, bo wszystko do tej pory było extreme? Snowboard, snowkite i…ŁYŻWY <3
Poza deską snowboardową jestem zakochana w jeździe rowerem szosowym, wakeboardzie i kitesurfingu (w kajcie trochę mniej bo się ciągle go boję 😀 ), zimą – snowkite i łyżwy. A tu nagle, pach! Z dnia na dzień wszystko zostaje odcięte.
No to co?
Znalałam aktywność, która jest dozwolona, a nawet zalecana w ciąży – BASEN! Pływanie jest dobre na wszystko. Więc chodziłam na pływalnię do kiedy pozwalał mi mój lekarz prowadzący ciążę.
Błogie zmęczenie i wino grzane na stoku.
Słodki toast gorącym winem o korzennym aromacie… Błogość po całym dniu jazdy. Znasz to?
CO MI POMOGŁO ???
Już nie chodzi sam fakt picia grzańca, a o celebrowanie fajnego, intensywnego dnia na stoku.
Mimo ciąży, dopóki stan kręgosłupa pozwalał, żyłam intensywnie. Wyjazdy na iceboard, snowkite (oczywiście jako obserwator-fotograf), spacery, wycieczki.
Wracając do domu często podałam na twarz… Dopadało mnie to błogie zmęczenie. Na zastępstwo grzańca fundowałam sobie gorącą herbatę z miodem i malinami.
A pierwszy łyk korzennego wina grzanego po takim czasie abstynencji będzie smakował milion razy lepiej!
Denerwowało mnie w środku, że niczego nowego się nie nauczę. Później przyszły obawy, że połowy rzeczy zupełnie zapomnę i będę musiała ćwiczyć od nowa. Przełamywać swój strach znów i znów. A może nabawię się jeszcze większych lęków, bo przecież będę mamą, nie mogę zrobić sobie krzywdy, bo wkrótce mój syn będzie potrzebował mnie prawie 24 h na dobę póki nie pojedzie na studia!
CO MI POMOGŁO ???
Po pierwsze, nastawiłam się, że całe życie przede mną i kiedyś może będę uczyć niektórych sztuczek swoje dzieci! Po drugie – przecież pewnych rzeczy się nie zapomina, tak jak z jazdą na rowerze, wystarczy trochę czasu, żeby odświeżyć sobie pamięć. Po trzecie – po porodzie, kiedy próg maksymalnego bólu zostanie przekroczony, żaden upadek czy stłuczenie nie będzie mi straszny.
Jak miałam na prawdę zły dzień to odpalałam moją ulubioną Krajówkę i wspominałam starą siebie – wulgarną wariatkę, która bawiła się snowboardem.
No i miałam czas ustalić sobie plan czego chcę się nauczyć, kiedy będę mogła już wskoczyć na dechę!
Girls Challenge.
Zorganizowanie kolejnej edycji Girls Challenge Damska Deska, kiedy cały sezon deska leży i się kurzy, było wyzwaniem… Chciałam zrezygnować.
CO MI POMOGŁO ???
W pewnym momencie zmartwiłam się, że nie będę czuła tego klimatu i będę potrafiła zmotywować nowych uczestniczek do działania. Wtedy do Damskiej Deski dołączyła ambasadorka Olcia Tomalczyk, która została moim swoistym łącznikiem ze światem snowboardu! Razem było łatwiej!
Ja sama wygrzebywałam z głowy swoje uśpione pokłady zajawki i działałam zgodnie z planem. Najciężej zawsze ruszyć, a później wszystko potoczyło się w swoim tempie… Tak jak chciałam.
Kiedy nadeszły pierwsze filmy nadesłane przez dziewczyny utwierdziły mnie w tym, że warto było podjąć przysłowiowe rękawice. Serce rosło widząc ten progres.
Snowkite.
W tym roku na Mazurach pogoda dała wiele okazji do latania na snowkitcie. A ja mogłam tylko pomarzyć. Z resztą. Nie byłoby chyba trapezu, który objąłby mnie w pasie! Haha!
CO MI POMOGŁO ???
Bycie obserwatorem. Po prostu. Miałam czas, żeby pooglądać innych, porobić zdjęcia, pokibicować na zawodach snowkiteowych.
To było na prawdę fajne!
Stoję na środku jeziora. Chmara kajciarzy na deskach i nartach. Wyścig rusza. Ja robię zdjęcia moim chłopakom. Zawodnicy z okrzykami radości i ekscytacji mijają mnie z każdej strony. Jestem w centrum zamieszania! MEGA!
Wyjazdy i zawody.
Ile razy w myślach pakowałam torbę i sprzęt… Nie zliczę! Brakowało mi tych długich podróży przez całą Polskę. Tych momentów, kiedy nareszcie dojeżdżamy do celu!
CO MI POMOGŁO ???
Chyba to, że mieszkam właśnie tak daleko. I wyjątkowo w pod moim miastem (przypomnę, że mieszkam na Mazurach) zamknęli w tym roku stok narciarski, więc nawet mnie nie kusiło! I na pewno kolejny wyjazd wykorzystam jeszcze lepiej i będę go bardziej doceniała!
Zdjęcia znajomych z wyjazdów.
No to chyba każdego czasem rusza kiedy ktoś może, a Ty nie. Każda z Was na pewno poczuła to ukucie zazdrości w swoim życiu 🙂
CO MI POMOGŁO ???
Zamieniłam to uczucie na ciekawość. Zaczęłam wręcz prosić o zdjęcia i o zdawanie relacji. Przez chwilę mogłam poczuć się jakbym też tam była. I miałam również czas, żeby przyjrzeć się gdzie lubicie jeździć! Mam też kilka nowych miejscówek do przetestowania, bo zwyczajnie miałam czas o te miejsca dopytać.
Noszenie pod sercem drugiego życia wymaga odwagi. Czasem na prawdę dużej. Tak samo opieka nad dzieckiem. Mam nadzieję, że to doświadczenie i odwagę przełożę na inne aspekty życia, w tym na sport.
To była, i jest, dobra nauka cierpliwości. Mój sprzęt nie stał na widoku, ale nie chowałam go też po kątach na siłę. Stał i cierpliwe czekał na swoją właścicielkę. A ja cierpliwe na niego spoglądałam.
Teraz powoli wycieram go z zalegającej warstwy kurzu. Na pierwszy ogień idzie SZOSA <3
W międzyczasie poleciałam do Hiszpanii. Miał być to intensywny wyjazd, bo rowerowy. A ostatecznie spędziłam czas na plaży z książką i muzyką. Odpoczęłam, wyciszyłam się i nabrałam energii. Miałam czas na zebranie myśli o sprawach osobistych, jak i dalszym rozwoju Damskiej Deski.
Podsumowując. Mimo, że z mnóstwa rzeczy byłam zmuszona zrezygnować, nie uważam tego okresu za pasmo wyrzeczeń. Na pewno nie był to czas łatwy. Było natomiast wiele pięknych momentów, wzruszających chwil, których nigdy do tej pory nie przeżyłam. Dla takiego małego cudownego człowieka warto było przejść przez każdą trudność.
A najważniejsza rada ode mnie – starać się mieć dystans i akceptować aktualną sytuację. Cieszyć się chwilą i celebrować to co NOWE <3
Świetne zdjęcia!