LIVIGNO ’16 Z ROCK’N’RIDE

O tym jak karabinierzy włoscy przystawili mi broń do pleców i o tym jak wykonałam darmowy przymusowy botoks ust – czyli Livignio 2016 z Rock’n’Ride. 

 15-24.04.2016

pics: Roger Wanke 
pics: Michał Bocian
pics: Mateusz Bocian
check for more: Roger Wanke Photography 

Podróż autokarem do Włoch wcale nie jest taka męcząca jak mogłoby się wydawać. Co prawda spacer po autokarze jest zabroniony ze względów bezpieczeństwa, ale za to „Spacer Po Lesie” już jest całkiem legalny (przepis na dole postu). Tak więc raczyliśmy się koktajlami procentowymi, oglądaliśmy filmy i słuchaliśmy zacnej muzyki. Niektórzy śpiewali. Niektórzy spali, i to dłużej niż by chcieli. A pogoda dopisywała całą drogę.

Livigno przywitało nas deszczem. Trochę dół, ale i tak ruszyliśmy na #szusowanko. Wielki test membr naszych kurtek – czas ! start!

Szczęśliwi poszliśmy posilić się do „Dziada” (najpopularniejsza knajpa w Livigno, gdzie nie zdążysz usiąść do stołu, a już jesteś najebany). 

Tak więc – na zewnątrz deszcz, w sercu słońce. 

Pierwszej nocy poszłam spać naładowana zajawką  ->  kino rodzinne z Rock’n’Ride. I trochę alkoholu z Rock’n’Ride. I innych. Nie ważne jakich. 

Dnia drugiego budzi mnie donośne „Łoooo kuuuurwaaaaa! Co się dzieje!!!”. Myślę sobie – tornado, wypadek lotniczy, a może powódź! Ale nie. Realia były znacznie bardziej zaskakujące. Nawaliło 40 CENTYMETRÓW ŚNIEGA!

Nie ma nic piękniejszego niż naparzać całą ekipą Muminów w świeżym koksie! RAJ!

Krótka video relacja ode mnie :

Kolejne dni były na pełnej lampie. Kremy z filtrami UV, inne filtry i bibułki poszły w ruch. <3

ALE ALE! 

Pewnie chcecie poznać historię jak karabinierzy włoscy dopadli mnie, szarego człowieczka.

No to już opowiadam. 

Wychodzę z apartamentu: desia, plecak, słuchawki. Idę na skibusa, sama, bo miałam jechać wyżulić wiązania od kumpla (moje niedomagały). Drepczę chodnikiem, dochodzę do pustego przystanku i obczajam rozkład jazdy. Sprawdzam godzinę na telefonie, chowam go do kieszeni i w tym momencie czuję jak ktoś przystawia mi coś twardego do pleców. Serce mi staje na chwilę. Po czym słyszę niski, basowy głos, który mówi coś do mnie po włosku. Serce rusza i podchodzi do gardła. Automatycznie podnoszę ręce do góry (oglądam filmy akcji, więc robię to perfekcyjnie). Pytam moim mniej perfekcyjnym angielskim co się dzieje. Każą mi się powoli odwrócić (ich angielski jest jeszcze gorszy od mojego – nie wiedziałam, że tak się da).  Odwracam się więc w slowmotion kalkulując czy mam coś nielegalnego w plecaku. Woda, browar, druga para rękawiczek (ich zapach może być odurzający, więc stres sięga zenitu) i jabłko (ono w sumie też może być podejrzane). Jeden z nich nie odrywa od moich pleców lufy, więc podąża za mną, drugiemu patrzę już w oczy. Pytam go całkiem ochrypła z przerażenia co zrobiłam. Nic nie mówi tylko się na mnie gapi. W kurtce zaczyna rozbrzmiewać mój srajfon. Nosz jeszcze pewnie mi go zabiorą! Zaciskam oczy i błagam, żeby okazało się, że to pomyłka. W końcu słyszę idiotyczny śmiech. Otwieram oczy. Sufit. Adam (nasz ulubiony ziper) rży jak zwykle z byle czego, a mi w plecy wbija się śrubokręt, którym przed snem wykręcałam wiązania. Sprawdzam czy się nie poszczałam ze strachu. Nope, sucho. O tyle dobrze. 

Od tej pory nie mam swojego śrubokrętu. Zawsze pożyczam i OD RAZU oddaję.

Snowpark na Mottolino daje mnóstwo atrakcji. Jedziesz krzesłem, z nad parku dochodzi do Ciebie zapach świeżo skoszonej trawki, możesz pogadać z Pawlusiakiem o polityce, oglądasz tych co się nic nie bojo i skaczą na L-kach, a Ty nie nadążasz liczyć rotacji. Sztos!

Co prawda nie zrobiłam nic szalonego na przeszkodach, ale za to zafundowałam sobie szybkie powiększanie ust. Mój ulubiony triczek – ryj na glebę (udało mi się go zrobić trzy razy w życiu, ten był najbardziej spektakularny).

Leciał mi czerwony gil i nie czułam połowy twarzy przez co najmniej godzinę, ale za to byłam ponętna jak bijons. Ekstra! Bocian nic nie mówił, że botoks jest w cenie karnetu! Polecam 🙂 

Nie będę wspominała o Homelywood, rumie i ciężkich powrotach do apartamentów, bo to jest zwyczajnie wpisane w klimat wyjazdów z Rock’n’Ride. Coś pięknego!

Podsumowując, to był mój najlepszy wyjazd na deskę ever. Wróciłam do Polski z 4 litrami pyszności (modląc się, żeby sen o karabinierach się nie spełnił), piękną opalenizną i filmami z freeride’u życia. A i było oczywiście losowanko nagród! Mam nowego Airhola na ryjka! Nagrodami zostali również odsypani Ci, którzy wykazali się zapałem, ambicją i zrobili największy progres na desce. A, no i Ci, którzy wyrwali fajną dupcie. Za usta bijons nic nie dostałam jakby się kto pytał. 

WINCYJ ZDJĘCIÓWEK: TUTAJ<3  UWAGA ! OGLĄDANIE TYCH ZDJĘĆ GROZI ZGORSZENIEM ! 

Jeśli też chcesz „urwać z nami ryja” to włącz śledzenie :

https://www.facebook.com/rocknridecamp/ !

Jazda bez trzymanki nie tylko zimą, w lecie również! 

Wbijaj!

A JA CZEKAM NA KOLEJNY BENGER Z ROCK’N’RIDE!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *