Bolesne zawody wakeboardowe

  

damskadeska.pl

Zawody przynoszą zaskakujące ewolucje, młode talenty i dobrą zabawę. Często, również wiele gorzkich łez…

W wakacje byłam świadkiem wielu zawodów wakeboardowych. Z reguły plan mam taki, żeby ustrzelić kilkanaście dobrych fot i zdać Wam krótkie sprawozdanie o zawodach. Ale jest coś, o czym muszę napisać…

damskadeska.pl

Na wakeparku zawodnicy, sprzęt, publika i fajna muza. Patrząc na kategorię Młodzików i Juniorów nie mogłam wyjść z podziwu ile te dzieciaki potrafią. Razem z dziećmi byli ich rodzice, rodzeństwo. I to właśnie ich zachowanie wprawiło mnie w głębokie zamyślenie. Po raz kolejny byłam świadkiem czegoś takiego. Drugi raz na zawodach wakeboardowych, ale także na zawodach na stoku zimą.

Patrzyłam na przypadki, gdzie młoda zawodniczka tuż przed startem jest po raz dziesiąty instruowana co ma wykonać i w jakim momencie. Dzieciak kiwał głową patrząc pusto przed siebie. Nie miał nawet kilku sekund, żeby się skupić, bo ktoś stał za nim i pouczał znów o tym samym. W końcu rusza, pierwsza ewolucja wyszła jak trzeba, na brzegu słowa zachwytu. Druga ewolucja z kickera kończy się porządnym grzmotem do wody i tym samym łamie się coś w dziecku. Dopływa do brzegu wręcz dławiąc się łzami i nie myśli wyjść z wody. Jest załamane, a mnie pęka serce kiedy na to patrzę. Od jednych rodziców padają słowa typu „będzie lepiej”, „następnym razem niżej na nogach”, inni ograniczali się do pójścia pod ekran z wynikami sprawdzić jak bardzo jest źle z punktacją.

Byli oczywiście tacy, który tarmosili dziecko po włosach z uśmiechem, a dzieciak sprawnie wracał do dobrego humoru i po kilku minutach szamał frytki z rówieśnikami.

Możecie sobie pomyśleć „Co ty możesz wiedzieć? Dzieciakowi się nie udało, ma prawo się załamać”. Oczywiście, że ma. Niektórym porażka przychodzi ciężej, innym łatwiej i szybko biorą z niej lekcje. Niestety, to, czemu miałam okazje się przyglądać wprawiało mnie w osłupienie. Kiedy rodzice stali zawiedzeni, nawet nie próbując tego ukryć przed pociechą, a dziecko wycierało nos, cicho pochlipując. Mistrzostwa Polski to duże zawody, ale na Boga, dlaczego ci najmłodsi zawodnicy tak ciężko radzą sobie z przegraną i dlaczego to jest taki ogromny zawód dla rodzica?

Przypomniała mi się sytuacja, kiedy trenowałam kajakarstwo. To były ważne zawody, przygotowywaliśmy się kilka miesięcy. Treningi dwa razy dziennie, obozy. Nadszedł dzień startów. Przeszłam eliminacje, dotrwałam do finału. Całą energię, moc i samozaparcie włożyłam w ostatni wyścig, szło mi lepiej niż mogłam śnić. Tuż przed metą, dosłownie dwa metry przed, tak niefortunnie włożyłam wiosło w wodę, że wywróciłam się z kajakiem. Dyskfalifikacja. Pożegnałam się z podium, ba, cały klub mógł zapomnieć o dodatkowych punktach drużynowych. Zadzwoniłam do rodziców. Nie powiem, miałam łezkę w oku mówiąc co się stało. W odpowiedzi usłyszałam śmiech mamy, która powiedziała „Oj już nie przeżywaj! Następnym razem się uda! Zrobiłam ci naleśniki z twarogiem. Tata mówi, że jest dumny i masz się nie łamać.” Po skończeniu rozmowy przestałam myśleć o tych zawodach jak o mojej porażce. Do dziś wspominam to jako pech i niezłą lekcję cierpliwości, bo w końcu udało mi się zająć podium rok później.

damskadeska.pl

Wracając do tematu. Dostrzegłam przez te kilka godzin tę cienką linię, która dzieliła ambicje rodziny, która budowała i pchała dziecko do przodu, od tej, która niszczyła. Tak niewiele brakuje, żeby raz na zawsze zdusić radość z uprawiania sportu już w najmłodszych latach. To tylko sport i aż sport. Powinien przynosić mnóstwo radości i satysfakcji. A lekcje jakie dostaje się po porażkach powinny być budujące, a nie bolesne. I na tym skończę moje osobiste przemyślenia.

Peace!<3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *