
LIB TECH BANKED SLALOM – czyli czas leci nieubłaganie, a TY starasz się nie zgubić po drodze kolan.

foto: JacekWejster Photography
Banked Slalom to legendarna impreza, na której riderzy ścigają się po swoistym torze przeszkód. Liczy się najkrótszy czas przejazdu, ale dołączenie do tego stylowych (i nieobowiązkowych) sztuczek, jest zawsze w dobrym stylu.
Tak jak w poprzednim roku, headshaper Michał Bartusiak, zwany wśród Apaczów Willowem, razem ze swoją ekipą kształterów stanęli na wysokości zadania. Wieści o Banked Slalomie szybko się rozeszły, czego efektem było 150 zapisanych zawodników !

foto: JacekWejster Photography
Bandy, wertepy, wulkan, rollery, hopy. Im szybciej to wszystko pokonasz, tym lepiej. Liczy się prędkość i fason.

foto: JacekWejster Photography
Mnie na pierwszym przejeździe tego fasonu nie zabrakło. Pierwsza banda nie uśpiła mojej czujności, bo doskonale pamiętam jak bandy zweryfikowały mnie w poprzednim roku… i utwierdziły mnie w tym, że nie mam nóg (bo po co mi one). Wtedy wyleciałam sobie raz tu, raz tam, aż w końcu pojęłam, że to nie są żarty. Postanowiłam to poprawić i zamiast lecieć petardą w stronę gwiazd, obrałam tępo niedzielnego kierowcy…No ! Może takiego co spóźnia się już na msze. Nieco szybciej.
Następnie ruszyłam piecem. Bandy, bandy, daleki lot z wulkanu…
(Byłam na Etnie w październiku – matki nie oszukasz, więc lot daleki i przyjemny.)

foto: JacekWejster Photography
i ROLKI. Ach te rolki… Główny temat na Banked Slalomie. Zweryfikowały nie jednego zawodnika. W tym mnie. Niefartownie, akurat na pierwszym przejeździe, mimo fajnej jazdy testowej. Pokazałam plecy, przykryłam się nogami, ale szczęśliwie wbiła mi się krawędź i już jechałam dalej. Uf.

Za drugim razem byłam znacznie bardziej cwana, obyło się bez upadków, ale nie bez wysokich lotów. A je !
OSTATECZNIE UDAŁO MI SIĘ UPLASOWAĆ WŚRÓD 3 NAJLEPSZYCH KOBIET !
Gratuluję wszystkim uczestnikom, bo nikt nie zostawił ryja na slalomie, o co nie było ciężko !

foto: JacekWejster Photography
ATMOSFERA zawodów była nie do opisania. Jak jedna wielka FAMILIA. To jest właśnie piękno snowbordingu. Do tego losowanie nagród, testy desek i przekozackie nagrody główne od Marka Sąsiadka!
Swoją drogą, fajne uczucie, kiedy stoisz sobie, spokojnie dłubiesz w nosie, a tu nad głową leci Gniazdo albo Pająk i już zapominasz o czym myślałaś…
I NA ZAKOŃCZENIE…
jakaś taka loża szyderców. Klaskała, mlaskała, wiwatowała i dopingowała.
Może nie tacy szydercy źli, jaki ich malują? W końcu część z nich lada dzień miała mnie dzielnie zwozić i nosić na GOPR-owej tacy wprost w ambulansu…
No, ale o tym innym razem.. 🙂

